TLDR
Ten wpis to akurat wypadałoby by przeczytać w całości, bo o tym właśnie on traktuje – że nie ma co się spieszyć, ale niech będzie, że postaram się go nieco streścić.
Żyjemy w świecie, który nieustannie domaga się naszej uwagi i wmawia nam, że powinniśmy robić więcej, szybciej i lepiej. Media społecznościowe, FOMO, kultura zapierdolu, powiadomienia i niekończące się listy zadań sprawiają, że nawet odpoczynek zaczynamy traktować jak stratę czasu.
Slow life nie oznacza jednak lenistwa, rezygnacji z ambicji, ani wyjazdu w Bieszczady. Chodzi o odzyskanie kontroli nad własną uwagą i stworzenie przestrzeni między bodźcem, a reakcją. Nie każda wiadomość wymaga natychmiastowej odpowiedzi, nie każda wolna chwila musi być produktywna, a nie każdy pomysł trzeba od razu realizować na 100%.
W praktyce oznacza to między innymi ograniczenie powiadomień i bezmyślnego korzystania z telefonu, świadome wybieranie konsumowanych treści, spacery bez słuchawek, prowadzenie dziennika, stawianie sobie ram czasowych, kontrolowanie impulsywnych zainteresowań i zakupów oraz wyraźne oddzielenie pracy od życia prywatnego.
Wolniejsze życie nie usuwa obowiązków, stresu ani problemów. Sprawia jednak, że życie staje się mniej sterowane przez powiadomienia, cudzymi oczekiwaniami i własnymi automatyzmami. Jest bardziej wolne, bo nie wszystko musi wydarzyć się natychmiast.
Od razu zaznaczę, że treść tego wpisu dla wielu może okazać się oczywista i z tego miejsca bardzo Ci gratuluję, że masz to wszytko poukładane. Jeżeli jednak jesteś osobą, która czuje wewnętrzną presję ciągłego robienia czegoś, czujesz że odpoczynek to zmarnowany czas, że jak ciągle czegoś nie robisz to pozostajesz w tyle, a lista rzeczy do zrobienia musi być jak najszybciej odznaczona – to serdecznie zapraszam do lektury – mam nadzieję, że chociaż jedno zdanie z tego wpisu pozostanie z Tobą na dłużej.
Zanim zaczniemy
Jeszcze zanim zacznę główny temat, pozwolę sobie na taki disclaimer – który powinien być oczywisty, ale czasem warto uwypuklić coś na samym początku. Ja wiem, że żyję w jakieś swojej bańce (zresztą jak każdy) – wynikającej z mojej profesji, treści które konsumuję, osiedla na jakim mieszkam, moich przeżyć, doświadczeń i tak dalej. Temat niewątpliwie przedstawię nieobiektywnie – Ciebie jednak zachęcam do jak najbardziej abstrakcyjnego konsumowania tego wpisu – tak, żeby trafił do Ciebie ogólny sens, jakieś pojedyncze wskazówki, które korespondują także z Twoim życiem, a nie wszytko literalnie – bo każdy z nas finalnie jest inny, stara się rozwiązać inne problemy i potrzebuje innych rozwiązań.
Ja sam przygotowuję ten wpis po skonsumowaniu dziesiątek różnych źródeł, z których każde z nich trafiło do mnie może w zaledwie 5%, ale tak musi być – nikt nie poda mi gotowego rozwiązania na tacy, a jak Ty wyciągniesz z mojego wpisu chociaż te 5% to i tak będę mega zadowolony. I mam nadzieję, że Ty też.
Żyjemy w szybkim świecie
Świat rozwija się coraz szybciej i nie można zapominać, że wszystkie zdobycze tego rozwoju z nami pozostają. Mocno upraszczając wszystko na potrzeby przedstawienia problemu – kiedyś mieliśmy do rozrywki książkę, czy szachy, a naszym źródłem wiadomości była gazeta – o ile poszliśmy ją sobie kupić. Potem dostaliśmy telewizję, komputery, internet, społecznościówki, krótkie formy video i wszystko to stopniowo angażowaliśmy jako element naszych żyć, nie zauważając nawet kiedy nazbierało się tego tak dużo. Jakby tego wszystkiego było mało, dookoła nas również powstaje coraz więcej bodźców – banery reklamowe na mieście, ekrany w autobusie, czy tramwaju i tak dalej.
Fomo
Żyjemy zatem więc w realiach, w których nie jest trudno – nawet nieświadomie – poddać się wpływowi jakiś reklam, a także uzależnić się od tych zastrzyków dopaminy serwowanych z każdej strony. Nie można zapomnieć też o tym, że treści serwowane nam z reklam, czy rożnych aplikacji, oddziaływują (najczęściej z premedytacją autora) na nasze podstawowe emocje oraz cechy charakteru – strach, zazdrość, ciekawość, chciwość, oszczędność, rozrzutność i tak dalej.
Prowadzi nas to do chęci ciągłego sprawdzania kolejnych treści – dopada nas fomo (fear of missing out / strach przed przegapieniem) – nie tylko w kwestii jakiś wydarzeń, komentarzy pod jakimś wpisem, czy wiadomości na grupie. Czujemy także potrzebę konsumpcji większej ilości materiałów, żeby przypadkiem nie przegapić kolejnej szybkiej porady (pseudo) prawnika, albo wyjaśnienia się (jakże przecież ważnej) dramy internetowej, którą wszyscy dookoła żyją od tygodnia.
Przekłamany obraz rzeczywistości
Na portalach społecznościowych obserwujemy ciekawe i bogate życia – przecież każdy najchętniej chwili się sukcesami, a nie porażkami – zawsze tak zresztą było. Tylko, że internet sprawił, że dociera do nas tego o wiele więcej niż kiedyś, wszystko dodatkowo podyktowane algorytmem, który dobiera treści nie tylko no naszej grupy wiekowej, ale także na bazie naszej aktywności – serwuje więc nam to co dla nas najciekawsze, a więc często to czego nie mamy i do czego dążymy.

Problemem jest skala tych treści. Jak mamy znajomego, któremu udało się kupić mieszkanie w młodym wieku, to mu gratulujemy i motywuje nas to do dalszego działania, by nam samym udało się to osiągnąć. Jeżeli jednak okazuje się, że takich ludzi w młodym wieku są nam nagle pokazywane setki, czy tysiące, a przed nami wciąż długa droga, to działa to wręcz odwrotnie – demotywująco, wpędzając nas w poczucie pozostawania w tyle i tworząc nam w głowie jakąś niezdrową presję osiągania wszystkiego coraz szybciej, tylko po to, by dogonić wirtualny peleton.
Odnosi się to oczywiście do wszystkiego – większych zarobków, lepszych wakacji, lepszego auta i tak dalej. I ponownie – to nie są jakieś nowe zjawiska i w małej skali często działają one często motywująco. Jednak tak jak wspomniałem przed chwilką – w dużej skali to przestaje być zdrowym dążeniem do celów, tylko niezdrowym wyścigiem o pseudo prestiż.
Kultura zapierdolu
Czym kultura zapierdolu jest, pewnie każdy wie – urabianie się w pracy, bez otrzymywania za to należytych benefitów rozwojowych, karierowych oraz finansowych. Myślę, że w wielu głowach pewnie taki model nadal funkcjonuje, ale według mnie pojawiła się także nowa odmiana tej kultury – żeby zapierdalać poza pracą. Bo okazuje się, że dookoła (w internecie) wszyscy mają swoje firmy, dziesiątki hobby, zarobki na boku, piszą aplikacje, inwestują na giełdzie, nagrywają filmy i nie wiadomo co jeszcze. Powstaje więc kolejna presja, że nie można odpocząć na spokojnie, tylko trzeba robić, robić, robić. Tylko nie do końca wiadomo co i po co.
Gdzie mnie dopada szybkie życie?
Wiele z opisanych powyżej kwestii, to trochę takie ogólniki i komunały, a jednak uświadomienie sobie tych rzeczy oraz zakotwiczenie ich w naszej psychice przed dalszą lekturą tego wpisu, wydaje mi się być kluczowe. I pomimo, że mi osobiście wydaje się, że jestem tego wszystkiego raczej świadomy i nie daję łapać się w te pułapki (a przynajmniej nie za często) – to nadal odnajduję jakieś przestrzenie, gdzie poddaję się niepotrzebnej presji. Czy wynika to z tych samych mechanizmów, które na mnie oddziaływują czasami w mniej oczywisty sposób (bo przed tymi oczywistymi staram się bronić)? Być może.
Od kilkudziesięciu miesięcy coraz mniej czasu spędzam na portalach społecznościowych – aktualnie można uśrednić to do dosłownie kilku minutek dziennie, wliczając w to YouTube’a. To napewno pomaga mi uniknąć tej presji życia z Instagram’a – co nie znaczy, że nie dążyłem do kupna mieszkania, lepszych zarobków, czy zakupu auta i takich tam. Ale nie uprzedzajmy faktów. Narazie skupię się na tym, gdzie faktycznie na co dzień dostrzegam u siebie taką presję ciągłego przyspieszania.
Todo
Jedną z takich podstawowych słabości, jest moja lista rzeczy do zrobienia. Ja lubię sobie zapisywać wszystko co mam do zrobienia – zarówno dziś, jak i w bliżej nieokreślonych ramach czasowych. Niestety, czuję jakąś niejasną presję odznaczania tych punktów jak najszybciej – tak jakby wyczyszczenie tej listy do zera było jedynym przyzwoleniem na prawdziwy odpoczynek. Ale oczywiście nie jest – po pierwsze odpoczywanie to czynność jak każda inna – trzeba ją zaplanować i nauczyć się wykonywać. Po drugie – niemożliwe jest (przynajmniej przy moim podejściu) pełne wyczyszczenie tej listy. Jest to więc błędne koło i niepotrzebne robienie sobie presji. Jest to tym bardziej głupie, że dodając zadania do tej listy, z uprzedzeniem staram się przewidzieć kiedy będę miał na to czas, żeby można było zrobić to na spokojnie – tak by mieć jakiś czasowy zapas – a potem bez żadnego logicznego powodu staram się wszystko wykonać natychmiast, jak najszybciej.
Nie umiem odpoczywać
Druga sprawa, to poświęcanie czasu na odpoczynek, czuję jako marnowanie czasu. Tutaj już zdecydowanie bardziej widać tę presję szybkiego świata, o której pisałem wcześniej, ale mam taki problem, że granie w grę, czy oglądanie serialu odczuwam jako stratę czasu – bo nic nie robię równolegle, skupiam się tylko na jednej – w sumie niepotrzebnej – rzeczy. Podobnie z materiałami na YouTube – jak już coś mam obejrzeć, to musi być to jakiś wartościowy content, a najlepiej jeszcze jakbym równolegle robił coś innego. Tymczasem ten czas na odmóżdżenie się, czy jakąś inną formę odpoczynku jest bardzo potrzebny, można by rzec krytyczny, w perspektywie zdrowia psychicznego na przestrzeni lat.

Robić, robić, robić
Niemniej powiązane z pędzącym światem jest u mnie wewnętrzne ciśnienie na robienie czegoś. I to nie jest tak, że nic nie robię – mam koszerny etat oraz rodzinę, której poświęcam dużo czasu, a jednak nadal mam poczucie, ze powiniennem robić więcej – coś kreatywnego, coś innego, coś więcej. Tylko kiedy – bo i tak często jestem w niedoczasie, a nie chcę poświęcać czasu z rodziną. No i przede wszystkim – co by to miało być?
Przesycenie i porzucenie
Czasem uda mi się wpaść na jakiś pomysł co to może być. Wtedy pojawia się kolejny problem – pakuję w to 100% swojej uwagi i wolnego czasu, denerwując się, jak nie mogę popracować nad tym tematem. Angażuję się w to w pełni i najczęściej nudzę się tym, zanim powstanie z tego coś wartościowego. A wtedy znowu, zamiast odłożyć to na kiedy indziej, to oram wszystko do gołej ziemi, jako przegrany i nie warty zachodu projekt.
Fomo
Jeszcze kolejny aspekt poczucia ciągłego robienia czegoś i braku chwili zwolnienia, to problem, który dotyka pewnie nie tylko mnie – czyli ciągłe sprawdzanie telefonu – często kwestiach zupełnie zbędnych – takich jak komunikator służbowy po godzinach pracy, czy jakieś bzdurne powiadomienia, które w ogóle nie potrzebują mojej uwagi (albo przynajmniej nie od razu).
Zmęczenie
Wszystko to przekłada się na uczucie zmęczenia, po w sumie zwykłym i prostym dniu – bo przez cały dzień żyję w jakieś niepotrzebnej presji, ciągłym poczuciu, że coś jeszcze powinienem zrobić, przeczytać, odpisać, sprawdzić albo ogarnąć. I wieczorem chce już tylko zagłuszyć to uczucie, te myśli, więc uciekam w zagłuszacze, które nie pozwolą mi być sam na sam ze swoimi myślami – bo te tylko dodatkowo mnie zmęczą.
Czym jest slow life?
Jak sama nazwa trochę wskazuje, chodzi o wolniejsze życie, ale nie w takim trywialnym rozumieniu, że teraz będę robił wszystko powoli, jak żółw. Tutaj trzeba zanurzyć się trochę głębiej, a wcześniejsze rozważania – o tym jak wygląda obecny świat i gdzie mnie przytłacza ta szybkość – były właśnie po to, by na tym etapie lepiej zrozumieć, czym ma być to zwolnienie, to wolniejsze życie. Narazie postaram się opisać temat bardziej abstrakcyjnie, żeby złapać jakiś sens i definicję.

Wolniej nie znaczy mniej
Generalnie mam trochę problem z hasłem slow life, bo bardzo łatwo zamienia się ono w głowach w jakąś nierealną estetykę. Ładne zdjęcia, poranna kawa, drewniany stolik, książka, gazeta, cisza, lniana koszula i człowiek, który wygląda, jakby nigdy nie dostał pilnego maila. Tyle, że prawdziwe życie tak nie wygląda. Są obowiązki, jest praca, są rachunki, są ludzie, którzy czegoś od nas chcą, jest dom, rodzina, zmęczenie, zakupy, niedokończone sprawy i wieczory, kiedy człowiek zamiast medytować, po prostu chce się położyć i żeby wszyscy dali mu święty spokój. Nie chodzi więc tutaj o to, by udawać, że presja świata nie istnieje, a ja jestem ponad nią.
Tutaj właśnie leży problem, że łatwo pomylić wolniejsze życie z robieniem mniej oraz unikaniem wyzwań. Trochę tak, jakby slow life było elegancką nazwą dla odpuszczania wszystkiego i lenistwa. A tymczasem wolniej nie znaczy mniej. Wolniej znaczy świadomiej, wolniej znaczy uważniej, wolniej znaczy z większą obecnością.
Nie chodzi o to, żeby robić wszystko powoli – chodzi o to, żeby nie wszystko działo się we mnie naraz. Nie chodzi o to, żeby wyrzucić telefon, przeprowadzić się do lasu i udawać, że świat nie istnieje – chodzi o to, żeby świat nie wchodził mi do głowy bez pukania.
Można mieć dużo obowiązków i nadal żyć trochę wolniej. Można pracować, rozwijać się, mieć plany, projekty, ale nie traktować każdej rzeczy jak być, albo nie być. Można wreszcie dalej być ambitnym – jest takie powiedzenie, że jak jesteś w pokoju w którym jesteś najmądrzejszy / najbogatszy, to jesteś w złym pokoju. Nikt nie każe z tej ambicji rezygnować, podobnie zresztą jak z dobrodziejstw technologii, typu telefon i możliwości, które daje nam tak potężne urządzenie w kieszeni. Nie pozwalajmy mu jednak decydować, kiedy on będzie chciał naszej uwagi – to my mamy zarządzać swoim czasem.
Slow life to też nie jest wolność od stresu, bo tego chyba nie da się mieć na stałe. Życie czasem jest stresujące i żadne ładne hasło tego nie zmieni.
To o co tak na prawdę chodzi?
Bardziej chodzi o wolność od automatycznej reakcji. Ktoś pisze — nie muszę od razu odpisywać. Coś mnie wkurza — nie muszę od razu reagować. Mam wolną minutę — nie muszę od razu jej zapełniać. Czuję napięcie — nie muszę od razu go zagłuszać ekranem.
W tej małej przerwie między bodźcem, a reakcją, jest zaskakująco dużo wolności. Można w niej wybrać. Można zauważyć, że coś wcale nie jest pilne. Można wrócić do wewnątrz siebie, zamiast natychmiast oddawać uwagę pierwszej rzeczy, która o nią poprosiła.
Właśnie dlatego wolniejsze życie jest wolne. Nie dlatego, że jest puste, nudne, powolne albo pozbawione ambicji. Nie jest też wolne od obowiązków, problemów i terminów. Jest wolne, bo zostawia miejsce na decyzję, na przywrócenie kontroli, na nie męczenie się byciem sam na sam ze sobą i swoimi myślami. Wolniejsze życie to w gruncie rzeczy brak przymusu do natychmiastowej reakcji i nieustannego działania, wolne od presji i od poczucia winy, że się znalazło się także czas na odpoczynek.
Skąd slow life w moim życiu?
To nie było tak, że nagle siadłem i dostałem olśnienia, że żyję za szybko. Nie siadłem po tym olśnieniu z herbatą i nie odkryłem nagle sensu istnienia. Jak większość dużych zmian w życiu, wszystko działo się powoli i stopniowo.
Suma wydarzeń
Krok w stronę wolniejszego życia, to suma wielu wydarzeń – trafienia na odpowiednie artykuły w gazetach / blogach / newsletterach, trafienia na ciekawe kanały / filmy w internecie, odkrycie nowych pojęć związanych z psychicznym dobrobytem, a także – po prostu – zbieranie coraz większego bagażu życiowego i zostanie rodzicem, które pozwoliło mi inaczej spojrzeć na świat oraz przetasować wiele wartości.

Zrozumienie siebie
Znalazłem czas, na bycie ze sobą – i to w sumie przypadkiem. Generalnie lubię pisać i jakiś czas temu odkryłem dziennik – w tym miesiącu mija mi rok codziennego pisania w nim, tutaj opowiadam o tym więcej. Te kilka minut dziennie na podsumowanie i opisanie dnia, dało mi bardzo dużo – między innymi czas, na bycie z samym sobą, ze swoimi myślami, na przeanalizowanie wydarzeń dnia oraz przyczyn i skutków wszystkich tych wydarzeń. A jak lepiej rozumiem siebie, to łatwiej mi również zrozumieć świat dookoła.
Zmiana rozumienia wolniejszego życia
Dopiero odkrycie w tym spokoju takiej wymiernej wartości, pozwoliło mi odkryć na nowe pojęcie slow life – nie jako styl powolnego życia, jebnięcia wszystkiego i wyjechania w Bieszczady – tylko jako praktycznego narzędzia do odzyskania sterowności.
Jak wprowadzam slow life w swoje życie?
Podobnie jak nie da się jednym zdaniem odpowiedzieć, czym slow life jest, tak samo nie umiem odpowiedzieć jednym zdaniem, jak wprowadziłem go w swoje życie. To nie jest jedna złota rada, bo nie wierzę za bardzo w wielkie jednorazowe rewolucje życiowe. Są to więc dziesiątki mniejszych rzeczy, powtarzalnych decyzji, które nie wyglądają imponująco, ale po czasie składają się w znaczącą zmianę w sposobie życia i pozwalają mi dążyć do większego spokoju oraz zwolnienia.
Więcej uważności
To brzmi prozaicznie, ale to w sumie całkiem okej, bo o takie prozaiczne zmiany właśnie chodzi. Jedną z takich małych rzecz, którą staram się praktykować codziennie, to wychodzenie z psem bez słuchawek i telefonu w ręce. Pozwalam swoim myślom błądzić, słucham dźwięków miasta, obserwuję moją okolicę, dostrzegając często coś nowego – mimo, że to przecież moja codzienna trasa.
Taka mała rzecz, pozwala na docenianie chwili, cieszenie się razem z pieskiem tym wyjściem, a nie traktowanie tego jako smutnego obowiązku. Takie małe rzeczy zachęcają do większej otwartości i spontaniczności. Ot chociażby dzisiaj na wycieczce rowerowej z córką daliśmy się ponieść chwili i ruszyć w nieznane. Trafiliśmy w piękne leśne tereny, spotkaliśmy zająca, przeżyliśmy fajną przygodę podczas której złapał nas ciepły letni deszcz, a do tego – całkowicie przypadkiem – odkryliśmy okoliczny pomnik przyrody, o którym nie mieliśmy pojęcia i do którego byśmy się specjalnie raczej nie wybrali.



Mniej telefonu
Tej sekcji poświęcę dużo znaków – z dwóch powodów. Po pierwsze technologia to moje drugie imię, dlatego jak już się za coś biorę w tym obszarze, to robię to bardzo dogłębnie. A po drugie – telefon to duża część życia praktycznie każdego człowieka, także warto podchodzić to obcowania z nim bardzo świadomie. Już ponad rok temu poruszałem pobieżnie ten temat, starając się wtedy zredukować czas z telefonem poprzez korzystanie z dziennika papierowego. Ten system akurat u mnie nie sprawdził się na dłużą metę (chociaż nadal staram się czasem wracać do tej formy) – niemniej był fajnym ćwiczeniem, które otworzył mi oczy na wiele aspektów korzystania z telefonu, a większość argumentów podniesionych w tamtym wpisie nadal jest dla mnie aktualna.
Telefon jest genialnym narzędziem. Serio. Nie mam zamiaru udawać, że technologia jest zła, bo byłoby to trochę śmieszne z moich ust – człowieka, który potrafi ekscytować się etui, aplikacją do notatek, albo kolejnym sposobem na ogarnięcie cyfrowego życia. Problem nie polega na tym, że telefon istnieje. Problem polega na tym, że telefon bardzo łatwo staje się pilotem, który steruje naszym dniem. Powiadomienie. Wiadomość. Mail. Promocja. News. Krótki film. Kolejny krótki film. Czyjaś opinia. Czyjś sukces. Czyjaś tragedia. Czyjś zakup. Czyjeś wakacje. Czyjaś kłótnia o coś, co jutro nie będzie miało żadnego znaczenia. Każda z tych rzeczy osobno wydaje się mała. Niewinna. Prawie żadna nie wygląda jak realny problem. Ale razem tworzą stan ciągłego czuwania. Taki cichy hałas w tle, który sprawia, że nawet kiedy nic się nie dzieje, mózg zachowuje się tak, jakby coś zaraz miało wyskoczyć zza rogu. Problem z telefonem jest taki, że wiele aplikacji działa tak, by pochłaniać nas na jak najdłuższy czas, a ciekawość co słychać w małym internecie zabiera te małe chwile – pomiędzy jedną rzeczą, a drugą – bo to właśnie wtedy odruchowo sięgamy po telefon, żeby zobaczyć co tam słychać. A nie każdy moment musi być zajęty – czekanie na wodę w czajniku, kilka minut przed wyjściem, przejście z pokoju do pokoju, moment po skończonej pracy, krótka przerwa po obiedzie, cisza przed snem – kiedyś to były miejsca, w których głowa mogła sobie coś poukładać. Dzisiaj bardzo często są to miejsca, które natychmiast wypełniamy ekranem.
Jedną z rzeczy, które niedawno zrobiłem, to dostosowanie sobie profili oraz powiadomień do odpowiednich pór dnia. Oczywiście w każdym systemie będzie to wyglądać nieco inaczej, ogólny zamysł jest jednak prosty – w czasie pracy mogą, a nawet powinny dotrzeć do mnie wiadomości i maile związane z pracą, lecz poza nią – kategorycznie nie. Do powiadomień, które mogą do mnie docierać w ciągu dnia należą niektóre aplikacje z wiadomościami – te na których zależy mi, by nie przegapić wiadomości (chociaż czasem i te filtruję tylko jedynie dla wybranych osób), powiadomienia z kalendarza oraz przypomnień, połączenia telefoniczne – i w zasadzie tyle. W nocy natomiast zezwalam tylko na powtórne próby dodzwonienia się do mnie oraz na wiadomości od żony – reszta jest wyciszona. Od niedawna korzystam także z pomocy sztucznej inteligencji, która sama decyduje, czy jakieś powiadomienie wymaga mojej uwagi – sprawdza się to naprawdę całkiem nieźle. Wbrew pozorom w większości aplikacji nadal włączone mam powiadomienia cały czas – trafiają jednak one do podsumowań, które dostaję rano, po pracy oraz przed snem. Do wszystkiego dochodzi automatyzacja, która odpowiednio przestawia tryby skupienia – praca, personalny oraz sen (nawet z uwzględnieniem tego, kiedy mam urlop). Taki system powiadomień na prawdę pomógł mi odetchnąć, odkleić się od telefonu i w większości pozbyć się fomo, jednocześnie dając mi ten spokój, że nie przegapię nic istotnego.
Z mojego telefonu wyleciało to też dużo aplikacji, na rzecz korzystania z przeglądarki. Przykładem niech będzie tutaj jakaś platforma zakupowa – przeglądanie ofert w przeglądarce, czy samo dokonywanie zakupów nie jest tak wygodne jak w aplikacji. To automatycznie sprawia, że nie zapominam się w tej aplikacji – po pierwsze samo bycie w przeglądarce jakoś przypomina mi o tym, że jestem tu na chwilę, a po drugie wspomniany komfort interakcji jest o wiele mniejszy. Nie męczą mnie również niepotrzebne powiadomienia z aplikacji.
Tematem mocno powiązanym z rzadszym używaniem telefonu, jest częstsze sięganie po komputer, czy tablet – generalnie urządzenia, które w moim przypadku skłaniają mnie do robienia czegoś ciekawego, kreatywnego, lub realizacji zadania, a niekoniecznie do przepalania czasu – bo jest to dla mnie na przykład na komputerze po prostu mniej odruchowe i wygodne. Chociażby wspomniane wcześniej zakupy mogę wygodnie zrealizować na większym ekranie – a jak nie mam go pod ręką, to okazuje się też, że nie są takie pilne i mogą poczekać, na swój dedykowany slot czasowy. Niejednokrotnie okazuje się, że pomysł jakiegoś zakupu zdąży się już do tego momentu zdezaktualizować.
Kiedy myślę o detoksie od telefonu, coraz mniej traktuję go jako odcięcie się od czegoś złego, a coraz bardziej jako próbę odzyskania przestrzeni. Nie chodzi o to, żeby sobie czegoś zakazać. Zakazy są kruche. Działają przez chwilę, a potem człowiek wraca do starych nawyków, tylko z dodatkowym poczuciem winy. A poczucie winy to bardzo słaby system operacyjny. Dlatego chodzi o to, by samodzielnie odnaleźć te miejsca, gdzie telefon pochłania nam najwięcej czasu i starać się ten czas powoli, małymi krokami odzyskiwać – tak, żeby czuć radość z odzyskanego czasu, a nie brak czegoś, co sobie nagle zakazaliśmy. Ja chcę odzyskać poranek, który nie zaczyna się od cudzych spraw, chcę odzyskać wieczór, który nie kończy się przewijaniem ekranu bez sensu, chcę odzyskać spacer, na którym nie muszę cały czas czegoś słuchać. Chcę ponownie mieć kilka minut nudy, bo nuda wcale nie jest problemem – często jest po prostu miejscem, w którym głowa w końcu może przestać reagować.
Najważniejsza zmiana to chyba przestać mylić dostępność z odpowiedzialnością. Nie każda wiadomość wymaga odpowiedzi od razu. Nie każdy temat wymaga opinii. Nie każdy zakup wymaga research’u przez trzy wieczory. Nie każda wolna minuta musi być produktywna. Nie każda cisza musi zostać czymś wypełniona. Brzmi prosto – w praktyce bywa trudne, bo szybkie życie uzależnia, a aplikacje pragnące naszej uwagi wcale w tym nie pomagają. Dają poczucie, że jesteśmy na bieżąco, że coś się dzieje, że w czymś uczestniczymy. Tylko że często po całym dniu takiego uczestniczenia zostaje w głowie szum, a nie realne doświadczenie.
Wolniejsze życie wcale nie musi oznaczać mniej technologii – chodzi po prostu o lepiej ustawioną technologię, dopasowaną do naszych faktycznych potrzeb. Technologię, która będzie służyła nam, a nie my jej. Taką, która dostanie nasza uwagę wtedy, kiedy my zechcemy, a nie ona. Technologia może wspierać spokojniejsze życie – problem zaczyna się wtedy, kiedy zamiast narzędziem staje się środowiskiem, w którym żyjemy non stop.
Czas ze sobą
Jednym z najlepszych narzędzi do spowolnienia życia okazał się dla mnie dziennik. Nie dlatego, że nagle stałem się człowiekiem, który codziennie zapisuje po pięć stron głębokich przemyśleń przy świecy. Bez przesady. Dziennik działa u mnie dużo bardziej przyziemnie. Jest miejscem, w którym mogę wyrzucić z głowy rzeczy, które bez zapisu krążą tam zdecydowanie za długo – zresztą raz jeszcze zachęcam do zerknięcia na mój wpis, w który poruszam ten temat szerzej.
Pisanie ma jedną ogromną zaletę – jest wolniejsze od myślenia. Nie da się też pisać z prędkością scroll’owania – pisanie dziennika jest jedną z niewielu rzeczy, które zmuszają mnie do poruszania się z prędkością wolniejszą, niż narzuca nam internet. Nie da się wreszcie podczas pisania przeskakiwać między dziesięcioma tematami naraz tak łatwo, jak robi to głowa – trzeba złapać jedną myśl, ubrać ją w zdanie i przez chwilę się jej przyjrzeć. To banalne, ale zaskakująco skuteczne. U mnie spisanie dziennika to często dosłownie kilka minut przed snem, ale pozwala mi to uspokoić myśli, zrzucić z siebie wszystkie wydarzenia dnia i spać spokojniej.
Zarządzanie czasem
Mój mózg skacze z tematu na temat zdecydowanie częściej niż powinien, utrudniając mi skupienie się na jednym temacie. Z drugiej strony natomiast potrafi wkręcić się na kilka dni w nowy temat na 100%, tylko po to by zaraz nim się przesycić i uznać go za nieciekawy i nie warty żadnego czasu.
Żeby jakoś nad tym wszystkim zapanować, staram się nakładać sobie ramy czasowe na czynności, tak żeby nie pozwolić mojej głowie przesycić się jakimś tematem. Postawienie sobie jasnych granic, pozwala mi nie znudzić się jakimś tematem zbyt szybko – dzięki temu jest szansa na dowiezienie tematu dużo dalej niż kiedyś (być może nawet do końca), a przede wszystkim – ucisza we mnie tę presję wyrzucenia czegoś, jeżeli tego nie jestem w stanie od razu dokończyć – bo tym razem, jest to w pełni zezwolona samemu sobie, świadoma przerwa w pracy nad tym tematem. To trochę taka wymuszona prokrastynacja, która wbrew temu co mogło by się wydawać – działa korzystnie dla odkładanego w czasie tematu. Dodatkowym benefitem są inne tematy – kiedy ten jeden, któremu dotychczas dawałem 100% uwagi zostaje uwięziony w ramach czasowych, moja głowa jest w stanie przepiąć się na inne wątki, co w moim przypadku nie jest wcale tak oczywiste.
Staram się również zdyscyplinować w codziennej rutynie – jak chociażby poranne wstawanie. Kiedyś bez problemu wstawałem z pierwszym budzikiem, a z czasem zacząłem nastawiać ich więcej i jeszcze dobie dosypiać. Aktualnie staram się wrócić do tych starych nawyków – wcześniejsze wstawanie (a do tego z pierwszym budzikiem) oznacza w moim przypadku szybsze rozbudzenie się, lepszy humor z rana, a także dodatkowy czas, który pozwala mi wykonać poranną rutynę na spokojnie i bez presji czasu. Czasem nawet starczy czasu na poranną prasówkę z kawką.
Ot chociażby teraz dopadła mnie godzina, w której ustaliłem sobie koniec pracy nad tym postem – więc przerywam. Mimo, że mam jeszcze wenę, to nie chcę się znudzić tym wpisem. Wolę zostawić tę pozytywną energię na jutro i wrócić do tego zadania z ekscytacją, a nie poczuciem zmęczenia i presją dokończenia.
Jesteś tym, co konsumujesz
Tutaj nie ma się za bardzo co rozwodzić – generalnie chodzi o to, że bardzo staram się o to, bym to ja decydował co konsumuję. Zamiast telewizji – streaming. Zamiast socjalek – artykuł lub książka. Gdzieś są reklamy? Szukam alternatyenego źródła, lub płacę za dostęp bez reklam. Krótko mówiąc – wybieram treści, które konsumuję.
To nie jest tak, że całkowicie zamykam się na wszystko inne – daję sobie okienko czasowe, na portale, których na co dzień nie odwiedzam, na przeczytanie news’ów spoza obszarów moich zainteresowań, wreszcie nawet na te scojalki – przecież tak można najłatwiej pozostać na bieżąco ze światem i odkryć nowe treści. Dbam jednak o to, by nie spędzać tam zbyt dużo czasu oraz nie dawać się od razu porwać nowym tematom, ale to tym już na chwilkę.
Zapanowanie nad impulsywnością
Kontynuując myśl z poprzedniego akapitu, staram się nie zatracać się w nowo odkrytej rzeczy. Częściowo omawiałem już ten temat, jak wspominałem o dyscyplinie i w sumie tutaj mówimy też o niej, tylko w nieco innej formie. Ja łatwo wkręcam się w nowe tematy – poświęcam im mnóstwo czasu na research, kompletuję wszystko co potrzebne do nowego hobby na poziomie eksperckim, zanim jeszcze zacznę cokolwiek robić, a finalnie już dobrze wiemy, jak często kończy się to moje 100% zaangażowania w nowe tematy.
Staram się panować nad nadmiernym wsiąkaniem w nowe tematy, nad inwestowaniem w nich ogromu czasu kosztem innych rzeczy, nad zakupami na wyrost i tak dalej. Krótko mówiąc, tak jak w podtytule – staram się zapanować na impulsywnością.
Praca to tylko praca
To jest na spokojnie materiał na zupełnie oddzielny, obfity wpis. Nie chcę jednak tutaj robić zbyt wielu offtop’ów – ten wpis jest już i tak wystarczająco długi. Dlatego zarysuję tylko moje podejście do tej kwestii, w odniesieniu do slow life.
Otóż ja wychodzę z założenia, że praca to niewątpliwie bardzo duża część życia, ale zdecydowanie nie jego sens. Nawet osiągając ikigai, wciąż trzeba umieć oddzielić czas pracy oraz czas poza nią. Nawet kiedy praca to Twoja pasja i kiedy pracujesz na swój rachunek, zdrowo jest grubą kreską oddzielić czas pracy oraz mieć inne hobby.
Po pierwsze potrzebujemy mieć coś poza pracą, a już szczególnie kiedy jest to etat – bo przecież tak naprawdę nie pracujemy wtedy dla siebie i decyzja o stabilności naszego zatrudnienia często zapada całkowicie poza naszą wiedzą i wpływami. Nie oznacza to oczywiście, że robię swoją pracę na odwal się – nie nie, warto wciąż być dobrym w pracy, aby wynieść z niej możliwie dużo rozwoju, a po drugie, by nie być potencjalnie tym pierwszym do odstrzału. Lubię to co robię, więc poza jakimiś gorszymi dniami i zadaniami (które każdy czasem przecież ma) to generalnie pracuję z przyjemnością. Dbam jednak o to, by jak wybija koniec pracy, nie docierały do mnie żadne sygnały z nią związane. To pozwala mi być bardziej obecnym w moim życiu i lepiej zrozumieć, że praca jest (a przynajmniej powinna być) zupełnie niezależna od tego kim jestem. Wiadomo, że jakieś naleciałości, znajomi, historie, zainteresowania przenikają do życia prywatnego i jest to całkowicie spoko – przecież tak jak mówiłem wcześniej, praca to duża część naszego życia i nie ma co udawać, że jest inaczej. Nie pozwólmy jednak, by zabierała nam ona chociaż minutki więcej czasu, niż zgodziliśmy się w umowie. Mamy ustalone godziny pracy, w trakcie nich mamy prawo zjeść i wypić kawę, czasem można zostać dłużej, czasem wyjść wcześniej, ale generalnie dbajmy o to, by nie oddawać pracy czasu, którego nie jesteśmy jej winni – bo ten czas, to nasze życie.
Po drugie, posiadanie ciekawych zajęć poza pracą (nie tylko obowiązków), pozwala nam budować osobowość, niezależność, pewność siebie i generalnie sprawia, że czujemy, że nasze życie nie kręci się tylko wokół pracy i domu, ale jest czymś więcej – jest bogatsze i ciekawsze.
Podsumowanie
Nie chcę robić z tego wpisu manifestu przeciwko współczesności. Nie chcę też udawać, że znalazłem idealny sposób na spokojne życie. Nadal za często łapię się na bezsensownym sprawdzaniu telefonu. Nadal potrafię zmęczyć się internetem, do którego sam wszedłem. Nadal czasem mylę odpoczynek z przewijaniem ekranu. Ale coraz częściej widzę różnicę. Widzę, że dzień bez ciągłych przerwań jest inny. Że zapisanie myśli w dzienniku potrafi zamknąć temat, który inaczej mieliłbym w głowie przez pół wieczoru. Że spacer bez słuchawek nie jest stratą okazji na podcast, tylko okazją na ciszę. Że nuda czasem jest dokładnie tym, czego potrzebuję.

Wolniejsze życie nie sprawia, że znikają obowiązki, terminy i problemy. Nie zmienia magicznie codzienności w spokojny kadr z reklamy kawy. Ale daje coś, czego coraz częściej mi brakuje – przestrzeń pomiędzy tym, co dzieje się na zewnątrz, a tym, co dzieje się we mnie.

Nie chodzi w tym wszystkim o to, żeby życie było wolne od wszystkiego, co trudne. Tylko żeby było trochę bardziej moje. Mniej szarpane przez powiadomienia, cudze oczekiwania i własne automatyzmy. Wolniejsze życie nie jest wolne nie dlatego, że nic się w nim nie dzieje. Jest wolne dlatego, że nie wszystko musi dziać się natychmiast.
